Kiedy robi się swoje własne mieszkanie, w którymś momencie staje się w punkcie, w którym zaczyna się zastanawiać, czy to jest to czego chcę, czy raczej coś, czego inni oczekiwali by ode mnie. Bo widzicie, miałam piękny plan zrobić taką łazienkę, którą każdy chciałby oglądać. Tylko zapomniałam, że przecież to jest moja łazienka… i w zasadzie mogę zrobić z nią co tylko zechcę. I doszłam do wniosku, że moim projekcie zabrakło mi w niej po prostu mnie samej.

No i natchnęło mnie. No bo kim jest Magenta? Co chce? Co lubi? Poza dobrym dizajnem? Ano jest jedna rzecz, którą kocha. I jest to ilustracja. A w ilustracji najbardziej uwielbia tworzenie co do głowy przyjdzie.

I tak narodził się pomysł pomalowania ściany. Właśnie ta ilustracja, którą kocham. W której czuję się najlepiej. Koty. Ha ha… Zabrzmi to głupio, ale uwielbiam robić takie grafiki, w których całość wygląda jak ładny, idealnie wyważony pattern. Równy, jednak nie będący w sumie powtarzalną grafiką. Wzorek w koty – to coś, czego rysowanie mnie zawsze odpręża i wprowadza w miły nastrój. Dlaczego więc by nie zrobić takiej grafiki we własnej łazience?

Do dzieła!

Pierwszy szkic powstał już w czasie, kiedy remont trwał. Kiedy pomieszkiwałam u kolegi na kanapie. Kiedy ledwo odnajdywałam chwilę miedzy pracą, zleceniami i ogarnianiem mieszkania. Ot, prosty pomysł. Wymierzyłam mniej więcej ścianę i któregoś wieczoru z dobrym, ciemnym piwkiem w ręce zaczęłam rysować.

sciana w lazience

Wstępny koci szkic w Photoshopie :3

Na realizację musiałam czekać dosyć długo, bo tuż przed rozpoczęciem grudnia, kiedy w końcu ściana została wygładzona, zagruntowana i gotowa do malowania.

Na początku więc było kilka dni oklejania. I tu szczerze przyznam się, że taśma firmy Tesa z oznaczeniem „do krzywizn” to fantastyczny wynalazek. Tylko… przydałaby się taka w wersji 7-5mm szerokości. Miałam nieco szerszą, dlatego cięłam ja na pół po długości. Ale tak łatwo jeszcze nigdy mi nie szło klejenie łuków.

20161127_191658

Kotki psotki

Po klejeniu przyszedł czas na malowanie:

20161128_195247

A następnie…

 

KATASTROFA.

Po zerwaniu taśmy… odpadła razem z farbą, farbą pod spodem i kawałkami tynku.

Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego. A już nieraz malowałam różne rzeczy na ścianach, płótnach, kartonach itd… Byłam załamana. Bo choć zawsze robi się jakieś poprawki i byłam na to nastawiona (a bo tu czasem kawałek taśmy się odklei i wleci farba, a tu kawałek farby odpadł…) – normalka. Ale nie na calusieńkiej ścianie!

Ratunku, co robić.

„Na szczęście” nie tylko ja byłam załamana efektem mojego malowania. W cudzysłowie, bo ciężko to nazwać szczęściem, kiedy coś tak elegancko się rozpie*doli. Akurat miałam wyjazd służbowy na kilka dni, więc mój kolega-fachowiec zaproponował, że ponownie zaciągnie ścianę gładzią i wyrówna, bo lepiej zrobić na czysto od nowa niż próbować ratować to co jest. I to prawda. Byłabym na siebie zła i ciągle by mnie ta ściana wkurzała, że jest taka paskudna i ratowana na okrętkę.

Po powrocie zaczęłam pracę nad ścianą od zera. Tym razem darowałam sobie taśmy i wałki. Wszystko z pędzla, z ręki i dużą ilością cierpliwości. Oczywiście po pracy, malując codziennie prawie do północy, w końcu zrobiłam ścianę.

I wygląda bosko!

PS. Aktualny stan łazienki: czekanie na meble 🙂