Kiedy pomyślę sobie, że właśnie leci już trzeci miesiąc prac, czuję głupią niemoc. Wszystko przecież już kupione dawno temu, a remont trwa i trwa. Bo choć zaczęło się wszystko z lekkim poślizgiem, to nie spodziewałam się, że na finale (do którego jeszcze dosyć daleko), przełoży się to na tak długi okres czasu.

Jak się żyje w mieszkaniu, w którym trwa remont? Dosyć trudno. Bo to nie tylko problemy ze zwykłym korzystaniem z łazienki, ale też i z pozostałych pokojów. Część, rzeczy która normalnie stała na półkach wewnątrz łazienki, zajmuje teraz miejsce obok łóżka, natomiast cała zawartość słupka w kuchni stoi od momentu robienia nowej hydrauliki znajduje się pod moim biurkiem. Materiały do remontu walają się po dużym pokoju i korytarzu… nie mówiąc już nic o samej łazience, w której jest non stop syf i jest piekielnie zimno, bo dziura na wiatrak wciąż czeka na jego zamontowanie.

Poranek

Typowy dzień zaczynam od pobudki o 5:45. Maksymalnie o 6:00 wywlekam się z łóżka, zakładam zakurzone kapcie i wędruję do kuchni, gdzie chwytam za szczoteczkę do zębów. Tam myję zęby z lodowatej wodzie, bo ciepła wciąż czeka na podłączenie. Z dziurawej ściany, do której trzeba było się dostać, żeby podłączyć rury, wieje jesienny wiatr. Jest rześko, bardzo. Dorzucam kotkowi żarcie do miski w dużym pokoju (przeniosłam na czas prac z kuchni, bo tam panuje pyłmagedon). Potem powrót na łóżko, przy którym stoi małe lusterko i kosmetyki, i po szybkim „naprawieniu” zmęczonej i źle znoszącej całe to aktualne otoczenie twarzy ruszam do pracy.

Praca

8 godzin w pracy staram się spędzić najproduktywniej jak się da, żeby tylko nie robić nadgodzin. Wracam z koleżanką samochodem i po drodze już myślę co udało się dzisiaj zrobić w łazience. Na miejscu okazuje się zawsze, że nieco mniej niż zakładałam, ale zawsze do przodu.

Popołudnie

Przede wszystkim kawa. Z bardzo zakurzonego ekspresu. Zmycie naczyń po dniu poprzednim w lodowatej wodzie, a następnie zamiatanie, odkurzanie, zmywanie podłóg… Już półek nie ruszam. Nie ma sensu. Na następny dzień przecież znowu jest to samo. Podlewanie biednych, zapylonych kwiatków. Chwila przerwy na „dotlenienie” na balkonie i już jest wieczór.

Wieczór

Kolejna praca. Tym razem zlecenia lub po prostu coś dla siebie. Czasami umilam sobie czas przed snem jakimś filmem. Staram się też zawsze przygotować sobie jedzenie do pracy, ale jest to nieco trudne. Sporadycznie ktoś zaprosi na wino czy piwko to idę bardzo chętnie, bo ile można siedzieć w tym pyle?

Przed snem jeszcze szybki prysznic w zapylonej wannie i mogę już iść w objęcia Morfeusza. Dołącza do mnie kicia, która też już ma dosyć remontu. Przy przyjemnym mruczeniu zasypiam… i śni mi się ten remont.

Czasami myślę sobie… co mnie do diaska podkusiło?

I wtedy od razu pojawia się to przyjemne, nieco durne uczucie. Że to przecież moje marzenie. Żeby mieszkać nad morzem, po swojemu, zrobić sobie mieszkanie wg własnego widzimisię. Nie, że ktoś mi to kazał zrobić. Sama chciałam. I ta przyjemna myśl trzyma mnie w pozytywnym nastroju. Mimo, że jest ciężko, mimo, że moja cera wręcz błaga o pomoc, mimo, że ciągle coś się opóźnia, idzie nie tak, potrzebne są kompromisy, bo czegoś nie da się zrobić jak chciałam. Nic to. Uparłam się. I zrobię jak chcę. I nawet nie zdajecie sobie sprawy ile trzeba było nad sobą pracować, żeby móc to powiedzieć i napisać ot tak na luzie.

Nawet, kiedy jest ciężko, warto jest być dumnym z siebie.

I z tą pozytywna myślą zostawiam was na najbliższe dni. Trzymajcie się ciepło!

PS. Może chce ktoś kupić lekko uszkodzoną wannę?

Share on Facebook3Share on Google+0Tweet about this on Twitter