Witam wszystkich w nowym roku! Jak widać czas leci, a wraz z czasem psuje mi się w mieszkaniu praktycznie wszystko po kolei. Ale to za chwilę, bo jest też jedna dobra wiadomość.

Sprawa 1. Jest ciepła woda z sieci!

Tak, w listopadzie spółdzielnia podłączyła oficjalnie ciepłą wodę z sieci wodociągowej. I choć samo przyłączanie nie należało do najprzyjemniejszych – przez kolejny atak pyłu (i to, że istniała możliwość, że zostaną przecięte moje nowe rury w łazience!) oraz termin tak niefortunnie przesuwany, że ostatecznie nie spędziłam zaduszków z rodziną – to w końcu wszystko jest tak jak być powinno. Udało się zdemontować bojler z kuchni, w łazience z wyglądu nie zmieniło się nic (bo rewizja została zrobiona za pralką) i ciepła woda jest tak cieplutka aż miło. 🙂

No ale to niestety koniec dobrych wieści.

Sprawa 2. Przyczajony tygrys, ukryty prąd.

Oto któregoś pięknego dnia wstaję rano do pracy i jak zwykle włączam lampkę obok… a tu niespodzianka – nie świeci się! Oczywiście pierwsza myśl – to pewnie żarówka. Jednak, gdy wróciłam do domu po ciężkim dniu roboty z nową, okazało się, że to nie tak. Budzik podłączony do tego samego kontaktu również nie działa. Popsuł się kontakt… na amen. Nie ważne co bym podłączyła – po prostu nie działa.

Rozpoczęłam więc poszukiwania drugiego kontaktu w pokoju i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że po prostu owego nie ma. Jest tylko jeden na całe pomieszczenie! Na nic się zdało moje opróżnianie szaf, żeby dało radę je odsunąć i sprawdzić, czy może nie ukrył się jakiś jeden sprytnie za nimi… Może podłączę się przedłużaczami do innego kontaktu? – pomyślałam. Jednak i to niestety się nie udało. Bo oto najbliższy jest w łazience, więc nie dałoby się zamykać do niej drzwi. A ciągnąć to dalej i potykać się w kółko o kable, to też nie jest dobry pomysł.

Na domiar złego, kilka dni później zorientowałam się, że kontakt, który znajduje się dokładnie w tym samym miejscu, tylko w pokoju obok, również nie działa.

I z jednej strony w sumie nic w tym dziwnego. Widać, że są przedpotopowe i że nikt ich nie wymienił od czasów wybudowania bloku, więc najprawdopodobniej stare kable musiały w którymś miejscu się nieco przepalić. Z drugiej strony jednak, żyjąc w takim przyzwyczajeniu do wygód typu ładowanie telefonu przy łóżku, radio z rana, czy nawet zwykła lampka nocna, ciężko jest się przestawić na tryb wstawania i zasypiania z czasów naszych dziadków.

Teraz więc co wieczór pilnuję, żeby najpierw naładować telefon. Aby ułatwić sobie wstawanie włączam bardzo słabiutką lampkę na baterię, a radiobudzik… no właśnie, radiobudzik. Ten został wstępnie przeniesiony do kuchni i tam się po kilku tygodniach najzwyczajniej popsuł.

No jak pech, to pech.
Ech.

Sprawa 3. Gdzie się podziały moje pieniążki?

Przełom starego i nowego roku zawsze jest ciężki finansowo – a to wyrównania różnych rachunków za media, a to prezenty świąteczne, a to wyjazdy do rodziny, a to sylwester, a to wyprzedaże w sklepach. A w moim przypadku doszedł jeszcze spory wydatek na nowy komputer!

W portfelu i na koncie wieje halny, aż karty płatnicze wypadają. Także trzeba zacisnąć pasa i jakoś ten czas zwyczajnie przeżyć. Ciężko jest to jednak zrobić, kiedy frustracja rośnie. Bo to przecież jest moje mieszkanie! Mogę w nim przecież zrobić wszystko! …tylko hajsów nima.

Nima.

Nima letko.

 

A lista wydatków w planie… nawet nie chcę o tym myśleć.

Podsumujmy więc!

Oto anty-krótka lista rzeczy, które muszę jeszcze zrobić w mieszkaniu:

  • wymiana kabli i kontaktów, praktycznie cała elektryka;
  • wyburzenie ścianki między kuchnią a dużym pokojem (wciąż czekam na oficjalną decyzję ze spółdzielni);
  • przeniesienie drzwi wejściowych do sypialni na inną ścianę;
  • naprawa odpadających płytek zna balkonie;
  • nowe siedzisko na balkonie (obecna skrzynka straciła jeden kawałek drewna podczas jakiejś wichury);
  • cyklinowanie i lakierowanie parkietów;
  • coś na podłogę w korytarzu i w kuchni (jeszcze nie wiem co, ale na pewno nie zostawię tam tych strasznych płytek niczym z podstawówki);
  • nowe rury w kuchni;
  • płytki w kuchni na ściany;
  • praktycznie cała kuchnia!
  • meble (w tym np. łóżko, bo obecnie śpię na czymś, co je tylko przypomina);
  • nowa lodówka, zmywarka, piekarnik, kuchenka itd.;
  • gładzenie ścian i sufitów;
  • malowanie ścian i sufitów;
  • odnowienie kwietnika;
  • nieskończona ilość dodatków, żeby w końcu było po mojemu.

No i kto wie co jeszcze…

Ach, no tak.
R O B O C I Z N A.

Marzy mi się też rzutnik na ścianę (coby filmy oglądać sobie niczym w kinie), nowy sprzęt do moich winyli (by móc się pozachwycać najdziwniejszym jakie istnieje nagraniem muzyki z Gwiezdnych Wojen bez potrzeby poganiania talerza na wstępie), głośniki (ach!) i mini wertykalny ogródek na zioła (mniam!).

I kwiatki! Nie zapominajmy o kwiatkach! Mam fioła na punkcie kwiatków (rozumiecie – fioła, kwiatków… hihi). Chyba właśnie wpadł mi do głowy pomysł o czym dla was w następnym poście napisać 🙂

Ja nie tracę jednak cały czas entuzjazmu. Przecież co moje, to moje. Będzie pięknie. A kasę… kasę się jakoś ogarnie 🙂

Biorę się więc za zarabianie, a czas pokaże jak szybko uda mi się wszystko zorganizować. Potrzeba zwyczajnie odrobiny cierpliwości. No, może trochę więcej niż odrobiny. Grunt, że chęci są i to ogromne!

___

 

PS. Na zdjęciu na górze posta jest moja kitełsa schowana w kanapie. Bardzo elegancko schowana. 😉