Czy znasz to uczucie, kiedy po kilku latach mieszkania ze znajomymi „po studencku” na rożnych stancjach, w którymś momencie mówisz sobie, że już dość? A to w kółko ktoś robi imprezę, kiedy chcesz się wyspać, a to w godzinę doprowadza świeżo wysprzątaną kuchnię do stanu biebrzańskiego bagna, a to podkrada pastę do zębów i twierdzi, że wcale nie, bo podobno trzyma swoją u siebie w pokoju?

To jest moment, w którym człowiek decyduje się na wynajęcie czegoś tylko dla siebie. I choć początkowo finanse płaczą – w końcu przeskok z 800 zł na 1200 zł lub więcej miesięcznie trochę boli po portfelu, ale ostatecznie w rozrachunku czuje się, że warto było.

Następnym wielkim momentem jest, kiedy w którejś chwili człowiek zdaje sobie sprawę ile już kasy przekazał właścicielowi wynajmowanego mieszkania. I, że pomimo płacenia takiej kwoty, nic nie można w mieszkaniu zmienić. Nawet z zapytaniem o wbicie głupiego gwoździa trzeba dzwonić (a bo jak zobaczy następnym razem gdy przyjdzie po kasę, to będzie się targował, że koszt naprawy dziury po gwoździu jest wart co najmniej 50 zł). Tak.

I o ile sytuacji z gwoździem sama akurat nie miałam, o tyle zawsze denerwowało mnie, że nie da się za bardzo nic w mieszkaniu zrobić. Jeśli właściciel zgadzał się na malowanie ścian – było ekstra. Ale co poza tym? Chcę wywalić tą wielką szafę, w której nic nie ma, a zajmuje masę miejsca – niestety nie mogę. A może nowa wykładzina? To duży koszt nie jest w sumie… ale jak się będę wyprowadzać to mam ją zabrać? Tak beznadziejnie wydane pieniądze to będą.

I to jest moment na podjęcie decyzji.

CZAS NA SWOJE.

Od stycznia 2015 roku monitorowałam niemal codziennie ogłoszenia mieszkaniowe w Trójmieście. Warunków było kilka, a najważniejszym był widok na morze. W drugiej kolejności była cena. W bankach pytałam się o moją zdolność kredytową i cieszyłam się bardzo z wstępnych prognoz jak mogłaby wyglądać rata. Okazuje się bowiem, że kredyt + rachunki to niemalże tyle samo co opłata do właściciela + rachunki, czyli dam radę!

W sierpniu zupełnie przypadkiem trafiłam na świeżutkie ogłoszenie z takimi oto zdjęciami:

Umówiłam się na spotkanie i razem z kuzynką, która wówczas była u mnie na wakacjach, poszłyśmy zobaczyć na żywo.

Wchodzę. Oglądam. I już to wiem. Już to czuję. To jest moje miejsce. Tu powinnam mieszkać. Trzeba tu zrobić wszystko, ale jakoś sobie poradzę. Zawsze sobie daję radę.

Po podpisaniu przedwstępnej umowy i wpłaceniu dosyć pokaźnej zaliczki (która na szczęście jest liczona jako wkład własny do kredytu) popędziłam radośnie do banku. Wszystko ekstra, ustalone. I czekam na wieści.

Szczęście i pech jednocześnie. Dzwonią do mnie z ofertą pracy. Zdecydowanie lepiej płatna, bardziej komfortowa… i mogę całymi dniami bezczelnie rysować koty i nikt mi nie powie, że się obijam 😉 Praca jak marzenie! Tylko w międzyczasie trwa weryfikacja kredytu. Ustalam ile mogą na mnie poczekać i dzwonię do banku.

A TERAZ BARDZO WAŻNA ŻYCIOWA RADA OD MAGENTY:

Kiedy starasz się o kredyt, nigdy, pod żadnym pozorem, nie zmieniaj pracy podczas weryfikacji. Choćby nie wiem jak zajebiste dawali ci warunki. I nawet jeśli osoba z banku mówi ci przez telefon, że już wszystko jest zweryfikowane i czekają tylko na opinię rzeczoznawcy (lub cokolwiek).

Zawsze czekaj do momentu podpisania umowy z bankiem.
ZAWSZE.

Czasu do zmiany pracy dałam sobie ok. 3 tygodnie. Pech chciał, że wcale nie było wszystko już zweryfikowane (pomimo zapewnień), a telefon do pracy z banku został wykonany w pierwszym dniu mojego wypowiedzenia i była to ostatnia rzecz do zrobienia przez bank przed przyznaniem kredytu. Co to oznaczało? A no, że w piątek, kiedy jeszcze nie byłam na okresie wypowiedzenia, miałam zajebistą zdolność kredytową, a w poniedziałek, gdy zadzwonili, już żadnej.

Zaczęło się jedno wielkie pasmo odwołań, próśb, przedłużeń terminów, wydawania bezsensownie pieniędzy, poszukiwania lokum na miesiąc (bo przecież datę wyprowadzki miałam już zaplanowaną!), nerwów, stresów, kolejnych odwołań, płaczu, kolejnych przedłużeń, zapijania smutków… Przez jeden miesiąc byłam nawet bezdomna(!) i mieszkałam u przyjaciółki, gdy moje rzeczy czekały na mnie wywiezione gdzieś do remizy pod Gdańskiem.

To jest ten moment kiedy zdajesz sobie sprawę, że Twoje marzenie może prysnąć jak mydlana bańka. Że stracisz wszystko. Przez głupią biurokrację. I przez swoje niedopilnowanie.

I powiem wam szczerze, że w tych najgorszych chwilach, kiedy człowiek zostaje sam ze swoimi myślami, to co najtrudniej jest znaleźć, to odwagę do dalszej walki o swoje marzenia. Da się to zrobić. Mówię z własnego doświadczenia. Kiedy w końcu cały ten horror mija i pomimo, że wyglądasz i czujesz się jak wrak człowieka, cudem udaje się wszystko załatwić – nagle robi się lekko. I to jest najpiękniejsze uczucie na świecie.

To był 1 grudnia, gdy odebrałam klucze do wymarzonego mieszkania. Wtorek. Byłam „goła i wesoła”. Bez grosza, ale szczęśliwa. Formalności dopełnione. Zostaję sama w swoim nowym mieszkaniu. W swoim własnym mieszkaniu. Oddycham spokojnie. Jest już bardzo ciemno, a na niebie nie ma żadnej chmurki. Wychodzę na balkon i podziwiam widok.Wita mnie lśniący Orion.

Wtem.

Spadająca gwiazda. Ogromna. Na pół nieba.
To chyba dobra wróżba 🙂